Link do fanpage "Tradycyjna Polska Wieś" Proszowickiej Fundacji im. Franciszka Śmiecha
Link do kanału na youtube Prezesa Gospodarza "Tradycyjnej Polskiej Wsi" Fundacji im. Franciszka Śmiecha, Stanisław Śmiecha

Kontakt z nami

Statut fundacji

Aktualności

Stanisław i Katarzyna Śmiechowie

A.D 2020

Informacje finansowe

Chcę pomóc

 

"TRADYCYJNA

POLSKA WIEŚ"

Fundacja im. Franciszka Śmiecha

 

 

KRS: 0000889765

 

NIP: 5681627581

 

REGON: 388448820

 

Numer Konta: 58 1020 3453 0000 8502 0324 6170

Ducka z porzeczkami

"Dobre rzeczy przytrafiając się tym,

którzy potrafią czekać."

Amy Hatvany, Ogród wspomnień

 

 

Jak wspominałam w pierwszym poście, bardzo chcemy zamieszkać na wsi. Póki jednak to nie nastąpi, chwytamy się każdego zajęcia, które wzbogaca nas o nowe doświadczenia i przygotowuje do przyszłego zajęcia się własnym gospodarstwem.

Przedwczoraj mieliśmy u nas małe "święto porzeczki". Korzystając z pięknej, słonecznej pogody i tego, że oboje byliśmy w domu, postanowiliśmy ogołocić krzewy z czerwoną porzeczką rosnące na podwórku. Wbrew pozorom, wcale nie było to łatwe zadanie. Nagle uświadomiłam sobie, że porzeczki są niebywale małe i uzbieranie pełnego koszyka będzie żmudnym zadaniem, choć tak naprawdę, dopiero później miałam się przekonać, co faktycznie jest żmudne, ale o tym za chwilę.

 

Swoje podboje porzeczkowego świata zaczęliśmy od małego krzaczka na środku ogródka. Piękna pogoda, z której tak się cieszyliśmy, nie oszczędzała nas w bojach. Pełne słońce, grzało niemiłosiernie, ale nie ustawaliśmy w naszym postanowieniu. Kiedy wreszcie oskubaliśmy krzaczek z jego czerwonych owoców, udaliśmy się w bardziej ustronne miejsce na ogrodzie. Okazało się, że tamte porzeczki nieco trochę zarosły, ale wystarczyła chwila, a mąż usunął niepotrzebne chwasty i naszym oczom ukazały się piękne, dorodne owoce. Uradowana, doskoczyłam do zrywania tego cudu natury. To już będzie czysta przyjemność, pomyślałam. W końcu dwie jabłonki idealnie chroniły nasze pole bitwy przed promieniami słońca. Mogliśmy w przyjemnym chłodzie oddać się owocobraniu. Jak wielkie było moje rozczarowanie, gdy chmara komarów wyleciała na nas spomiędzy gałązek. Czułam się, jak przekąska, którą obsiadły dziesiątki krwiopijców, ale koniec końców - udało nam się uzbierać pełen koszyk, czy, jakby to powiedział mój mąż, pełną duckę porzeczek. Po zważeniu, okazało się, że w chwale wróciliśmy z sześcioma kilogramami czerwonej porzeczki. Następne kilka godzin uświadomiło mi, że zbieranie porzeczek wcale nie jest takie żmudne. Właściwie to w porównaniu z czyszczeniem ich i skubaniem z tych małych zielonych ogonków, to jak krótki spacer po plaży.

Podczas naszego małego "święta" nauczyłam się dwóch rzeczy.

Po pierwsze - cierpliwość, mimo, iż nie jest moją mocną stroną, naprawdę się opłaca. Z zebranych porzeczek powstało tyle pyszności, że aż sama byłam zdumiona. Po drugie - nawet jeśli byłam "narzekająca podczas owocobrania i marudziłam podczas czyszczenia porzeczek, to już teraz wiem, że będzie mi się to mile wspominało, a takie wspomnienia są bezcenne!

 

Reasumując - z sześciu kilogramów porzeczek powstało sześć słoiczków konfitury, nalewka, kompot, pyszne ciasto i jeszcze mi zostało trochę więc je zamrożę - na zimę będzie jak znalazł.

 

 

Pozdrawiam serdecznie, Kasia

 

Ćwiczenie cierpliwości jest ciężkie... ale czasem się opłaca!

22 lipca 2020